7 stycznia 2017

Szydełkowy baktus


Dawno nie dziergałam z włóczki. Po takiej przerwie każda, nawet cienka, w porównaniu z kordonkiem wydaje się strasznie gruba. Nie przepadam za grubszymi szydełkami, zwłaszcza inox, ale jak już złapałam rytm, dziergało się bardzo przyjemnie.

Jak widać jest to baktus, czyli takie połączenie chusty z szalikiem. Jeśli chodzi o zimę, nie dla mnie obszerne kominy motane na kurtce. Ja muszę mieć szyjkę ciasno owiniętą, a ten rodzaj szalika jest wg mnie najwygodniejszy.

Włóczka to bardzo ładna i znana Padisah firmy Himalaya.


Wiem, że gotowy wyrób powinien być zblokowany czy coś, i lepiej prezentować się na zdjęciach. Ale potrzebowałam szalika na gwałt, wczoraj wieczorem go skończyłam, schowałam nitki, by dziś sobie go z przyjemnością założyć. A szyjce nie przeszkadza przecież taki zwichrowany.


 

 

1 stycznia 2017

W nowym roku stary rok, czyli trochę podsumowań


Witajcie w nowym, 2017 roku moi mili!

Jak dobrze, że już po tym okropnym Sylwestrze, którego nie znoszę od lat! Za to pierwszy dzień nowego roku zawsze jest jakoś niezwykle przyjemny. Być może dlatego, że od lat rozpoczynam go czymś niezwykle pięknym, czyli noworocznym koncertem z Wiednia. Cudowna muzyka, wspaniały balet, urzekające wnętrza i austriackie krajobrazy niezmiennie wprawiają mnie w zachwyt i rozmarzenie. 

Od trzech lat 1 stycznia kojarzy mi się z inną przemiłą rzeczą. Tego dnia rozpoczęłam bowiem swoją przygodę z blogowaniem. Mam nadzieję, że niebawem będę miała coś fajnego dla Was z tej okazji. 
Póki co, serdecznie dziękuję Wam za ten kolejny wspólny rok. Zaczęłam pisanie dla osobistej frajdy, ale przecież bez Was to nie byłoby to. Dziękuję za każdą Waszą wizytę na blogu i każdy komentarz. Można zamieszczać niezwykle wartościowe treści i niesamowite zdjęcia, ale tak naprawdę największą zaletą blogowania jest możliwość poznawania ludzi. A kiedy to poznanie zmienia się w coś bliższego to jest już korzyść, przy której nic nie znaczy duma z pokazywanych na blogu prac. Ja czuję, że znalazłam jedną naprawdę pokrewną duszę. Jeśli i ona czuje to samo, będzie wiedziała, że chodzi o nią.
Dziękuję jej i wszystkim innym!

Ten rok był dla mnie czasem zmian. Choć nie było ich wiele to były bardzo znaczące.

W styczniu (jak wiele innych osób w tym czasie), mój mąż postanowił zmienić sposób odżywiania się, zaczynając przede wszystkim od odstawienia słodyczy. Ten miesiąc stał się przełomem. Ja, choć od dawna interesowałam się wpływem odżywiania na zdrowie i funkcjonowanie organizmu długo nie wprowadzałam tej wiedzy w czyn. W końcu jednak dojrzałam do zmian i pod koniec miesiąca dołączyłam do Erwinka. Odstawiliśmy cukier, gluten, przetworzoną żywność. Wprowadziliśmy do menu kasze i warzywa. Ja pokochałam owoce (trzeba było czymś zastąpić słodycze).

Zanim przejdę do efektów, muszę powiedzieć Wam, jak bardzo źle czułam się przed wprowadzeniem diety. Niewyobrażalne ilości słodyczy jakie zjadłam przed całe swoje życie plus sporo różnych jedzeniowych świństw poczyniły w moim organizmie prawdziwe spustoszenie. Nie będę opisywać swoich dolegliwości, ale nękały mnie nieustanne infekcje. Byłam przewlekle zmęczona i osłabiona, nieustannie czułam się chora. Dochodziło do tego, że jak wracałam z pracy nie miałam już siły na nic innego, tylko odpoczywałam. 

Początki zdrowej diety też nie są łatwe. Na przestawienie się na inne jedzenie organizm też potrzebuje czasu, i  z początku reaguje irytująco. Człowiek jest zdziwiony, bo wcina samą zdrowiznę, a boli go głowa i kotłuje się w brzuchu. U mnie trwało to może tydzień. To swego rodzaju detoks. A potem następuje to co najlepsze, czego może potem bardzo brakować czyli niesamowity wyrzut energii. Człowiek czuje się wspaniale, energia go roznosi i ma wrażenie, że może wszystko. Oj, długo nie mogłam się nadziwić temu efektowi! Erwinek sporo schudł, mi przede wszystkim zniknął wiecznie wzdęty brzuch i ból w nim.   

jedna z ulubionych zupek, pomidorowa z kaszą jaglaną, ciecierzycą i pesto z natki pietruszki

Przyrządzenie posiłków znowu mnie wciągnęło, bo lubię robić nowe rzeczy. Odkryłam jak wiele można zrobić z warzyw i wiele nowych smaków. Bardzo ważna stała się dla mnie książka "Jaglany detoks" Marka Zaremby. Dzięki Markowi bardziej skupiłam się na wartościach odżywczych potraw niż na smaku. Co oczywiście nie znaczy, że gotuję niesmacznie. Ale zgadzam się z Markiem, że obecnie panuje zbyt duża pogoń za wymyślnymi smakami, każdy stara się zrobić ciągle coś nowego, czym można potem popisać się w internecie, a większy nacisk powinniśmy kłaść na to, co to jedzonko w sobie zawiera.



I choć w kwestiach światopoglądowych nie jest mi z Markiem po drodze, to jeśli chodzi o jedzenie jest moim autorytetem. Mogę powiedzieć, że stałam się jego prawdziwą fanką, a na półce mam już wszystkie jego książki.

Co to jeszcze oznacza? Niestety, spędzanie naprawdę wiele czasu w kuchni. Chcąc wiedzieć, co znajdzie się na naszym talerzu wszystko trzeba robić samemu. To najgorsza wada tego wszystkiego, bo nie jestem aż tak znów zapaloną kucharką, a przede wszystkim lubię jeszcze robić masę innych rzeczy. Problematyczne trochę staje się stołowanie poza domem, ale zawsze można zamówić jakąś zupkę i jest ok. 


I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Często boimy się żywieniowych zmian. Po prawie rocznym doświadczeniu mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że to wcale nie jest takie trudne. Powiem szczerze to co nieraz mówiłam znajomym, słodycze mogłam jeść do zrzygania. Byłam również uzależniona od mięsa. Kiedy jadłam warzywny posiłek, musiałam to później zagryźć kiełbaską. To bardzo podobne mechanizmy i wystarczy naprawdę niewiele wiedzy o funkcjonowaniu naszego organizmu żeby to zrozumieć. Bardzo szybko odechciało mi się "słodkiego", i przestałam mieć ochotę na mięso, które ograniczyłam w dużej mierze. A potem ulubione sklepowe ciasteczka okazują się być wstrętne i sztuczne w smaku.

W marcu mój Erwinek spełnił swoje marzenie o motocyklu, ale wybrał sobie nie motocykl, a maxi skuter. On został jakby pełniejszym kierowcą, a ja "plecaczkiem".


Podczas pierwszej przejażdżki szokiem była jazda w tak odkrytym pojeździe (choć zdarzyło mi się już kiedyś kilka razy jechać motocyklem). Uchwyty skutera ściskałam z całych sił i odkryłam jak bardzo można zmarznąć podczas jazdy. Po powrocie do domu jeszcze kilka godzin siedziałam w domu w podwójnych spodniach. Uchwyty ściskałam jeszcze długo, przez co naruszyłam sobie nerwy w dłoniach 😁.
 
tutaj oczywiście tylko tak pozuję
Ale... zakochałam się w naszym Symku! Przez całą wiosnę i lato odbyliśmy niezliczoną ilość wycieczek. Weekend bez wycieczki był stracony. Na tygodniu jeździliśmy po okolicy wymyślając sobie różne preteksty do wyjazdów. Czasem głupawe, np na lotnisko. Oj, dobra, uwielbiam jeździć na lotnisko i patrzeć na samoloty. Poznaliśmy nowe miejsca, stare oglądaliśmy z nowej perspektywy, wdychaliśmy powietrze i spędzaliśmy mnóstwo czasu razem. 

w Zwierzynieckim Parku Narodowym
 

Doszła mi nowa pasja. Najbardziej utkwił mi w pamięci pewien wieczór kiedy wracaliśmy z Nałęczowa. Czułam się tak wspaniale na tym tylnym siodełku, że miałam ochotę rozłożyć ręce jak Kate i Leonardo na Titanicu.

Z wyżej opisanego powodu robótkowo nie działo się najwięcej. Powstało trochę moich kochanych serwetek


Jeszcze mniej czasu było na decoupage. Jest to przykre nie tylko z tego powodu, że w tej technice bardzo się odnalazłam i sprawia mi ona ogromną przyjemność. W marcu spotkała mnie olbrzymia niespodzianka. Od kochanej Maranty otrzymałam ogromną pakę. Przestała się zajmować decu i wszystko co miała wysłała właśnie do mnie. Preparaty, farby, przedmioty do zdobienia i ogromną ilość serwetek i papierów.

 
W lecie przyłączyłam się do akcji szycia kocyków dla Wiosek Dziecięcych, na którą udało mi się wykonać 84 elementy. Akcja sprawiła mi wiele radości i satysfakcji, zwłaszcza kiedy w gotowych kocykach wypatrzyłam moje kwadraciki.

 
W sierpniu dokonałam może niewielkiej, ale bardzo istotnej dla mnie zmiany, a mianowice zmieniłam sposób pielęgnacji skóry. Przez lata miałam ogromne problemy z cerą, bywało, że wstydziłam się wyjść z domu, a przecież trzeba było chodzić do pracy. Wiele zmieniło się po lekturze książki "Młoda bez skalpela". Warto tę książkę przeczytać, a jeszcze bardziej kupić. 

  
Przede wszystkim w końcu "zdiagnozowałam swoją cerę", co pozwoliło mi dobrać odpowiednią pielęgnację. A zmiana, zabrzmi to nieco dziwnie, polegała na tym, że odstawiłam naturalne kremy, a zaczęłam używać kwasów. Pielęgnację potraktowałam jak inwestycję i choć drżała mi początkowo ręka, zamówiłam kilka kosztownych produktów. Jednak cóż po super ciuchach, skoro buzia wygląda źle? Kwasy zadziałały szybko, a przede wszystkim bardzo skutecznie. Myślę, że moja buzia nigdy nie będzie wyglądała idealnie, ale już wyglądam normalnie. Nawet ładnie.  

Ale potem było już tylko źle.

W październiku wydarzyło się coś, co zmieniło moje życie na zawsze. Wracając do domu po odprowadzeniu przyjaciela, mój tata został potrącony przez samochód i po kilku dniach zmarł. Straciłam nie tylko jedną z najbliższych osób, rodzica, ale również życiowego przewodnika.  Poświęciłam już tatusiowi jeden wpis, ale ogromu tej straty nie da się opisać.

Od tego zdarzenia zaczęło się pasmo zmartwień, problemów i przykrości. W grudniu mój osłabiony organizm w końcu się poddał i złapałam 3 infekcje. Trzecia rozłożyła mnie w Boże Narodzenie. Czas świąteczny i poświąteczny był już całkiem jakby wyjęty z życiorysu i zmarnowany.

Rok się skończył. W nowy wchodzę już bez planów i marzeń. Jeszcze się nie otrząsnęłam, więc wciąż jestem pełna obaw i niepokoju. Zdrowy rozsądek każe myśleć, że coś dobrego z pewnością przyniesie. 

Zastanawiałam się czego Wam życzyć w tym nowym roku. Aż dzisiaj na FB znalazłam coś naprawdę fajnego. Myślę, że to najlepsze życzenia jakie mogę złożyć i Wam i sobie.