23 marca 2014

Budda


Wat Pho to miejsce gdzie może zakręcić się w głowie nie tylko od bogactwa zdobień tak typowych dla sakralnych budowli w Tajlandii, ale także od ilości wizerunków Buddy. W głównej kaplicy na dziedzińcu znajduje się 394 posągów Buddy, w sumie na terenie całego kompleksu jest ponad tysiąc rzeźb, ale najważniejsza z nich to monumentalny posąg leżącego Buddy.

Okropne dolegliwości przed wyjazdem nie pozwoliły mi na bardziej szczegółowe zapoznanie się z przewodnikami, nieraz więc przybywając obejrzeć jakiś obiekt byliśmy zaskoczeni zastając na miejscu 30 innych równie pięknych i ciekawych.
Podobnie było ze świątynią Wat Pho. To największy i najstarszy w Bangkoku kompleks sakralny. Oprócz głównej świątyni znajdują się tu m. in. zakon buddyjski i Szkoła Medycyny Tradycyjnej. Są piękne ogrody, rzeźby i bogato zdobione wieże - chedi.
 
rzeźby demonów były niegdyś balastem na statkach










instrukcje masażu


Leżący Budda ma 46 m długości i 15 m wysokości. Wykonany został z cegieł i gipsu, i pokryty złotem. Posąg przedstawia Buddę w chwili oświecenia przed osiągnięciem nirwany.
Na stopach posągu znajduje się 108 pomyślnych znaków oświecenia. Stosunkowo małe rozmiary pomieszczenia czyli vihary, w którym się znajduje nie pozwalają na spojrzenie na posąg z odpowiedniej perspektywy (nie mówiąc już o uwiecznieniu na zdjęciu). 
 

















 Mam i ja swojego Buddę.

 

17 marca 2014

W domu

"Podróżowanie jest boskie", ale miło być znowu w domu. Miło przytulić ciepłe kocie ciałka i wtulić twarz w futerko. Wreszcie zasnąć we własnym łóżku. Zrobić sobie kanapkę. Obejrzeć polskie wiadomości w telewizji.

Tyle czasu tak bardzo wyrywałam się w świat, balansując na skraju obsesji. Zostawić ten szaro-bury kraj, tak nieprzyjazny, miasto, którego nie lubię. Zobaczyć to ciekawsze i ładniejsze. Odbyć te ekscytujące loty samolotami. Próbować w nieskończoność nowych smaków. Wystawić twarz do słońca. Otulić się morskimi falami. Zanurzyć się w tych bajecznych sklepach, w których jest wszystko. Wzruszać się w starożytnych świątyniach. Poznać nowych ludzi. 

Tymczasem jeszcze przed wylotem, na Okęciu, dzielę radość z fanami sportowców - medalistów. Słyszę polski hymn i czuję dumę i wzruszenie.

"Where are you from"? słyszę często. "From Poland" odpowiadamy i słyszymy "O Poland, Poland", takim tonem jakby mówili "o tak, Poland, znamy, znamy". Niejeden pewnie nie wie gdzie ten Poland leży. Ale ja wiem, to mój kraj, Poland, myślę i jakoś czuję tę tożsamość narodową ku swojemu zaskoczeniu.

Wracam z baśniowej Tajlandii, zachwycona, oszołomiona, pełna wrażeń i wcale mi nie smutno. W samolocie lecącym z Doha do Warszawy wita mnie śliczna, blondwłosa, polska stewardessa, jak miło!  W Warszawie wreszcie wokół ojczysty język, na lotnisku polskie napisy. W samochodzie włączamy radio, słuchamy wiadomości z Polski, marzec, a pogoda wspaniała, słońce grzeje, ale miło! Nazajutrz wiatrzysko, zimno, ale to nic, nawet ta okropna okolica dzisiaj nie jest taka okropna, bo jestem w domu i wszystko jest takie swojskie i swoje. 

Otwieramy drzwi, Morris wrzeszczy wniebogłosy, Masza biega jak szalona, cały weekend nie ma końca radości, przytulania i całusków.

"Stęskniłam się za tobą" słyszę dzisiaj i serce mi rośnie.
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? 

16 marca 2014

Shopping

Nie będę ukrywać, że poza zwiedzeniem cudownych zabytków i odpoczynkiem na pięknych plażach nastawiona byłam na zakupy w Tajlandii, ba, jakieś mega zakupy. Cały czas powtarzałam, jak to muszę mieć dużo miejsca w walizkach i wyobrażałam sobie czegóż to ja nie nakupię. No i okazało się jak zwykle, zawsze jak sobie nawyobrażam nie wiadomo czego okazuje się inaczej. Kupiliśmy trochę rzeczy w Siem Reap, bo mieliśmy tam dzień całkowitego odpoczynku i dużo czasu.

Po powrocie z Koh Chang spędziliśmy jeszcze jedną noc w Bangkoku. Tym razem zatrzymaliśmy się w dzielnicy Pratunam gdzie zlokalizowane są centra handlowe. Sklepy w Bangkoku to coś co przekracza wszelkie wyobrażenia. Ja na szczęście nie jestem zakupoholiczką, choć lubię czasem połazić po sklepach, bo tam można by autentycznie zwariować. Wiedziałam, że w okolicy hotelu są domy handlowe, ale wokół nich jest jeszcze tysiąc sklepów dookoła i tysiąc stoisk na ulicy. W jednym takim sklepie są np same t-shirty we wszystkich możliwych kolorach i odcieniach, całe stosy. 

Domy handlowe są ogromne, cały dzień chyba nie wystarczy żeby obejść jeden z nich, nawet jak ktoś miałby tyle siły. Tak jak wszędzie oprócz sklepów są kina, kawiarnie i restauracje. Z tym. że raczej mało sklepów, a bardziej jak na bazarze, stoiska i co nie jest dobre, jak na bazarze brak przymierzalni. Ale wybór na każdym ogromny, czy to ciuchy czy biżuteria czy akcesoria. Stosy z ubraniami na kilka metrów wysokie. Zdaje się, że na każdym stoisku jest jakieś tysiąc przedmiotów. Jak weszłam i to zobaczyłam, zgłupiałam. W Platinum ludzie nosili po kilka wielkich siat z zakupami, wyglądało to na istne zakupowe szaleństwo. 


A jak to wygląda bardziej szczegółowo? Na zakupach byliśmy w dwóch domach towarowych Platinum i MBK. Generalnie jest tam wszystko. Ale zależy kto czego potrzebuje, bo może się okazać, że tak naprawdę nie ma nic. Bo ja nie kupiłam prawie nic. Chciałam np dżinsy, duży wybór, ale co z tego skoro nie ma przymierzalni. Nastawiłam się też na bluzki i sukienki. Ale Tajki i chyba w ogóle Azjatki lubią ubierać się jak dziewczynki. Bluzki albo słodkie, w dziecinne wzorki, albo koszulowe całkiem zwykłe, i podobnie z sukienkami. Najwięcej t-shirtów, po prostu miliony. Biżuteria sztuczna i prawdziwa, kapelusze, szale, zatrzęsienie tego wszystkiego, ale to mnie nie interesowało. Buty całkiem ładne, ale albo japonki, albo niebotyczne szpile. No i wszędzie bardzo znane marki, bo Tajlandia to królestwo podróbek. 

Zawsze narzekam, że w naszych sklepach jest taki mały wybór, ale zaczęłam się zastawiać nad sensem takiego ogromu towarów. W MBK jest całe ogromne piętro z telefonami komórkowymi i akcesoriami. Być może gdyby miało się więcej czasu (dużo, dużo więcej) okazało by się, że wszędzie jest to samo. 

w środku MBK, 7 pięter
i tutaj, wszechobecny portret umiłowanego króla

Problem miałam też z kosmetykami, które tak lubię kupować (choć niekoniecznie stosować potem :)). Te, na których nie było napisów wyłącznie w języku tajskim, okazywały się czymś do wybielania, bo tak jak my chcemy być opalone, tak Tajki chcą się rozjaśniać. 
Przyznam się, że jednak bardzo to wszystko mnie oszołomiło do tego stopnia, że już sama nie wiedziałam co tak naprawdę lubię i chcę kupić.
 

Siam Paragon - znane marki, ale już oryginały, tu wstąpiliśmy po bilet do Siem Reap i zobaczyliśmy tzw. wielki świat

Siam Center
I jeszcze taka ciekawostka dla Maranciaków. Kolejną rzeczą jaką zamierzałam nabyć to czasopisma robótkowe. Jeśli chodzi o tajskie, znalazłam tylko jedną gazetkę ale mało ciekawą. Tu na zdjęciu jest natomiast dział z czasopismami chińskimi. Nie kupiłam żadnego, bo ceny wysokie (nawet 50 zł), ale przede wszystkim wszystkie te gazetki i książki już znamy. A ja szukałam przede wszystkim japońskich gazet z serwetkami. Zdjęcie zrobiłam w gigantycznej księgarni w Siam Center. Książki drogie, jak u nas.

 

11 marca 2014

Jedzonko



Pad Thai
Z tego co czytałam kuchnia tajska jest najlepszą na świecie. Podobnie świetna jest kuchnia khmerska czyli kambodżańska. 
Ja jestem osobą bardzo otwartą na nowe smaki, uwielbiam próbować i smakować, i kiedy widzę coś nowego do jedzenia w sklepie muszę zaraz to kupić. 

Jeśli chodzi o Tajlandię, nie wiem, może ciągle źle trafiam. Ale podczas całego pobytu pamiętam tylko 3 potrawy, o których mogłabym powiedzieć, że były naprawdę pyszne. To pierwszy Pad Thai - smażony makaron ryżowy głównie z kiełkami fasoli, jakaś potrawa w Chinatown oraz krewetki w tempurze na Koh Chang.

Oczywiście są tu świetne owoce, ale najpyszniejszy absolutnie jest ananas, którego do tej pory nie cierpiałam. Owoce są fajnie sprzedawane, obrane i pokrojone w kawałki na tackach, do tego dostaje się patyczek i wcina. Piłam również sok ze świeżego kokosa, kokos jest mega ciężki, a sok bez smaku.

Największą ochotę miałam i ciagle mam na to jedzonko z wózków. Jakieś kiełbaski, kurczaki, cholera wie co, na patykach. Problem tylko w tym jak to zjeść. Ja nie umiem jeść na stojąco, a inaczej się nie da. Zresztą gdzie tu nawet stanąć? Nie ma chodników, chodzi się ulicą, nie ma ławek, nawet krawężników, na których można by przycupnać. 
Zjadłam tylko jedną kiełbaskę, mięso mielone z ryżem, całkiem niezła choć tłusta. Szkoda, bo i ceny śmieszne, od 1 zł do może 5 zł. 
Kuchnia khmerska to już w ogóle mi nie smakowała, jak dla mnie była wręcz dziwaczna.
Na Koh Chang królują owoce morza, tu przynajmiej najadłam się krewetek za wszystkie czasy. Goraco sprawia, że mało w sumie jemy, śniadanie i obiadokolację.

Trochę ulicznego jedzonka z Bagkoku



Wspomnienie Bangkoku


W starym centrum Bangkoku budzi mnie pianie koguta. Nie wiem, która godzina. Uśmiecham się w duchu, bo kiedy ostatni raz słyszałam ten dźwięk? Chyba naprawdę wiele lat temu. Ale to jeden z nielicznych znanych mi dźwięków. Bo wszystko tu takie inne. 
Rano świergolą ptaki, wieczorem również, ale dochodzą jeszcze inne dziwne dźwieki, zastanawiamy się jakie stworzenie je wydaje. Koty włóczą się po ulicach i wydzierają wniebogłosy. Sprzedawca owoców dzwoniąc pcha swój wózek. Przez spokojną uliczkę przejeżdżają skutery i tuk-tuki, taksówki zatrzymują się przed hotelem, w którym mieszkamy. Cicho i głośno zarazem. Dźwięki obce, a swojskie się wydają.


Siedzę na hotelowym balkonie i z góry obserwuję gotującą jakiś posiłek kobietę. W sporej misie przypominającej moździerz ukręca coś pałką. Dodaje składniki, przyprawy, jakiegoś sosu łyżką, miesza pałką i dodatkowo jeszcze łyżką, nie wiem jak koordynuje te wszystkie ruchy. Ciągle coś dodaje, to z jednej miseczki, to z drugiej, miesza i próbuje. Po którymś posmakowaniu uznaje potrawę za gotową i zanosi do jakiegoś sklepu-domu. Można zacząć nowy dzień.