24 czerwca 2014

Marzenia


Czy można żyć bez marzeń? To znaczy, czy można nie marzyć? Czy można się tego oduczyć? Czy marzyć jest grzechem, czy marzenia szkodzą? Czy marzenia są człowiekowi potrzebne? Czy marzenia są niezbędne, bo przecież mogą stać się celami? A człowiekowi chyba potrzebne są jakieś cele żeby nadawać życiu sens. Czy nie marzyć i tylko cieszyć się tym co mamy? Czy człowiek powinien chcieć więcej i lepiej? Czy to jednak złe? A co z chińskim przysłowiem "Bóg karze ludzi spełniając ich marzenia"? Co tak właściwie oznacza?


Marzenia potrafią zadręczyć, zadusić, powoli zabijać. Bo przecież nie wszystkie mogą się spełnić. Takie jest życie i już. Przecież mamy tego świadomość. Po co więc obłażą człowieka ze wszystkich stron? Czyhają gdzieś w ukryciu, pozornie uśpione i czekają, na jakiś impuls, obraz, zdjęcie, program w telewizji, rozmowę, cokolwiek. A gdy tylko wychwycą ten impuls, wyskakują, czepiają się, siedzą na ramieniu i sączą do ucha" "pomyśl jak by to było cudownie, jak pięknie, jak wspaniale! Widzisz to, widzisz siebie, widzisz jak robisz te wszystkie rzeczy, widzisz jak to wszystko cię otacza, widzisz jaka jesteś z tym szczęśliwa, widzisz, widzisz, widzisz? Chciałabyś to wszystko, chciałbyś zobaczyć, poczuć, być, chciałabyś? Chcesz ten domek, niebieski kubeczek, sadzić kwiatki w ogrodzie, stać na klifie i czuć wiatr od morza na twarzy, obcisłą sukienkę, obrusik w kratkę, spać na plaży, patrzeć na świat z samolotu, dostać kwiaty od ukochanego, mieć swoją pracownię, fotel-uszak, zobaczyć podziw w czyiś oczach, zapraszać gości i słyszeć "jakie to wszystko smaczne", sprawdzić czy "coś" poczujesz w Kolosseum, usłyszeć "jesteś piękna", mieć pracę, którą się kocha?

Tak, tak, chcę, bardzo chcę! Dostanę te wszystkie rzeczy? 
No, nie wiemy. Może. Może kiedyś. Może nie teraz. Może wcale. Zobaczy się. A co, musisz? Inni tego nie mają! Inni mają gorzej. Weź się za robotę. Zrób coś. Ogarnij się. Otrząśnij. Przestań myśleć o głupotach. 

Dobrze. Ale czy można oduczyć się marzyć?


23 czerwca 2014

Nocny pociąg do Lizbony

Uwielbiam takie filmy. Kameralne, stonowane, refleksyjne. I uwielbiam takie historie, choćby zdawały się nie wiem jak banalne i wtórne.


W ręce profesora filologii klasycznej Raimunda Gregoriusa wpada książka portugalskiego autora Amadeu de Prado. Zafascynowany filozoficzną lekturą w jednej chwili porzuca wszystko i wyrusza w podróż do Lizbony, żeby poznać autora książki i jego losy. Jak łatwo  się domyślić podróż przewartościowuje życie profesora, ale czy je zmieni?

W Lizbonie Raimund chodzi śladami Amadeu i pomału odkrywa jego historię. Poznaje bolesny rozdział w nie tak dawnej historii Portugalii i jej uczestników. Odkrywanie losów młodych rewolucjonistów sprawia, że zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem.

Spodobało mi się, że reżyser nie daje tu gotowych odpowiedzi. Że zmusza widza do myślenia, do wniknięcia w dusze bohaterów, odgadywania ich uczuć, powodu wyborów jakich dokonywali. 

"Nocny pociąg do Lizbony" z pewnością nie jest wiekopomnym dziełem kinematografii. Ale to dobra pozycja, dla tych, którzy lubią się wzruszyć i zadumać od czasu do czasu. Ja lubię.




22 czerwca 2014

Niedzielnie - zdjęciowo

nowa robótka - na biało
właściwie już skończona
co by tu teraz...
z bawełnianych kulek
zdrowy podwieczorek - musli + herbatka z czystka
Masza śpi

21 czerwca 2014

To co kocham najbardziej, serwety szydełkowe

To co kocham dziergać najbardziej to serwetki. Uwielbiam przesuwać nitkę kordonka między palcami, patrzeć jak spod moich palców wykwita efektowny wzór, jak koło serwetki zwiększa swą średnicę. Czasem zatrzymuję się i dziwię po raz kolejny, że za pomocą metalowego patyka i cienkiej nitki można stworzyć coś tak ładnego.

Właśnie, obiecałam, że będzie ładnie. Walcząc z kapryśną pogodą, metrażem mieszkania i własnymi brakami umiejętności stawałam na głowie żeby zrobić ładne zdjęcia. Zdjęcia takie jak na innym blogach. Zdjęcia oczywiście pozostawiają wiele do życzenia, ale serwetki, uwierzcie mi, są naprawdę ładne. Choć na zdjęciach nieco zwichrowane. 

Tak się spracowałam przy tych zdjęciach, że zapomniałam pomierzyć serwetki. Bez zbytniego fatygowania się mogę tylko powiedzieć, że są dwie bardzo duże, jedna średnia i dwie nieduże. Gdyby jednak ktoś chciał którąś z nich przygarnąć, wymierzę dokładnie.

Proszę Państwa oto one:























  







Na koniec jeszcze jedna ładna rzecz, choć już nie moja. Kolejny raz umówiłam się na wymiankę z Ciaparą. Bardzo potrzebowałam nowej torby na zakupy, takiej dużej siatki z długimi uszami, żeby ciężkie zakupy można było nosić na ramieniu. Znając moją psiapsiółę wiedziałam, że włoży w pracę serce i mogę oczekiwać czegoś ładnego. Ale jak zawsze mnie zaskoczyła. Ciapara coś tam bredziła o niedokładnym i topornym wykonaniu ręcznych prac, tymczasem moja torba w kolorach i wzorze przywodzących na myśl amazońską dżunglę wykonana jest bardzo starannie i solidnie. Niespodzianka to wyhaftowane moje imię, a także osobne etui na schowanie torby (zamiast upychania na siłę w torebce co zazwyczaj robię). Cóż, pozostaje mi tylko polecić wymianki z Ciaparą i pochwalić moją torbą.




Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś mi się poszczęści i znowu się na coś wymienimy.
Dzięki Aga!

20 czerwca 2014

Bułeczki gryczane

Dzisiejsza pogoda uniemożliwiła mi wykonanie sesji moich dziergadeł, ale są za to świetne bułeczki.
Bardzo smakuje nam chleb gryczany. Kiedy wypatrzyłam na targu mąkę gryczaną, kupiłam bez chwili wahania. Przepis na bułeczki znalazłam na blogu Moje wypieki. Przepis niezbyt mi się podobał, nie lubię odmierzać w szklankach, i ta 1/4 szklanki stopionego masła! Ale chyba jeszcze nigdy nie upiekłam tak puchatych bułek.



Bułeczki gryczane

składniki na 16 sztuk:
  • 7 g suchych drożdży lub 14 g drożdży świeżych
  • 1/4 szklanki letniej wody
  • 2 łyżki melasy (u mnie syrop z buraków, ale jest nieco słodszy)
  • 2 łyżki cukru
  • 2 szklanki (500 ml) maślanki, lekko podgrzanej
  • 1/4 szklanki stopionego masła
  • 1,5 szklanki mąki gryczanej
  • 4 szklanki mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki soli
Do posmarowania:

  • 1 jajko roztrzepane z 2 łyżkami mleka
  • nasiona do posypania
Przy użyciu drożdży świeżych najpierw zrobić rozczyn.
Wszystkie składniki na bułeczki połączyć, wyrobić gładkie ciasto (może się kleić, lecz nie dosypywać więcej mąki). Odłożyć przykryte w ciepłe miejsce do podwojenia objętości.

Po tym czasie ciasto ponownie wyrobić, uformować bułki, delikatnie podsypując mąką. Układać je na oprószonej mąką blaszce, przykryć ponownie i pozostawić do podwojenia objętości na około 30 minut. Przed pieczeniem posmarować jajkiem, posypać nasionami.

Piec w temperaturze 200ºC przez około 20 minut. Studzić na kratce.



19 czerwca 2014

Wpis o niczym

Nie świętuję, ale z przyjemnością korzystam z dobrodziejstw wolnego od pracy dnia. A mój organizm siłą niemal wymusza odpoczynek. Odpoczywam więc. I przyjemnie tak nic nie robić. Nieśpiesznie krzątać się po domu, popijać kawusię i czytać. 
Koty nie mają problemu z odpoczywaniem i żadnych wyrzutów sumienia z powodu swojego lenistwa.

 

A ja wyznaczyłam na dziś tylko jedno zadanie. Od sama już nie wiem jak długiego czasu, kilka moich serwetek czekało na zmiłowanie. Dzisiaj zatem odbyło się wielkie naciąganie. 
Naciąganie inaczej zwane blokowaniem, to czynność, której nikt nie lubi, ale jest niezbędna do uzyskania przez szydełkową serwetkę odpowiedniego kształtu. Trwa to często nieznośnie długo. Im więcej ozdobnych łuczków lub o zgrozo pikotek (których szczerze nie cierpię), tym dłużej trwa wbijanie szpilek. Zazwyczaj po wbiciu jakiejś ich części wyjmuję je i poprawiam. Ale kiedy zrobi się to jak należy serwetka potrafi się odwdzięczyć. Z wymiętej, wilgotnej szmatki wykwita szydełkowe cudeńko.



Dzisiaj zbyt szybko skończyło mi się odpowiednie światło, ale w następnym wpisie powinno być już bardzo ładnie!


I jeszcze ciekawostka - dzisiejsze znalezisko ze strychu


i przedwczorajsza tęcza, najpiękniejsza jaką w życiu widziałam (czego oczywiście nie można powiedzieć o zdjęciu :))


13 czerwca 2014

Obraza majestatu w Dusit

Wracam z Tajlandią. A konkretnie ze wspomnieniami trzeciego dnia spędzonego w Bangkoku. 


Owego trzeciego dnia byłam przeziębiona. Długie chorowanie przed wyjazdem, dość drastyczna zmiana temperatur, plus lód o smaku duriana zjedzony poprzedniego dnia w Chinatown - mój organizm po prostu się poddał. Z domu wzięliśmy tonę lekarstw, ale jakoś żadnych na przeziębienie. Zakupiliśmy więc jakieś tajskie specyfiki, w tym ziołowy spray na gardło, który okazał się całkiem fajny. 

Zrezygnowaliśmy z większych atrakcji, tj. targów na torach i na wodzie, niestety, i wybraliśmy spokojniejszą wyprawę do parku Dusit, gdzie chcieliśmy zobaczyć zamek Vinmanek. Na miejscu, jak to w Bangkoku, okazało się, że do zwiedzenia jest w sumie jakieś 35 obiektów. Budynki w parku są o charakterze muzealno-wystawienniczym, w stylu raczej zachodnim niż tajskim. Zwłaszcza sam zamek Vinmanek zbudowany w całości w drzewa tekowego, również wewnątrz okazał się całkiem odmienny od tego co do tej pory w Bangkoku widzieliśmy. Przed wyruszeniem w drogę, mąż zapytał mnie czy jest prawidłowo ubrany na zwiedzanie parku. Powiedziałam, że jego strój jest wystarczający, spodnie za kolana były odpowiednie do zwiedzania świątyń, więc tu tym bardziej. Okazało się jednak, że majestat Buddy jest niczym w porównaniu z majestatem pary królewskiej, choćby przebywała ona w bliżej nieokreślonym miejscu. Po zakupie biletów strażnicy zaczęli wskazywać na spodnie Erwina, które zdały się być całkiem nie takie. Uparcie powtarzali, że spodnie są złe. Zaczęłam się z nimi sprzeczać, mówiąc, że te spodnie są naprawdę dobre, na to oni, że dobre są moje (całkiem długie), a Erwina złe i już. Po kilku minutach tej słownej przepychanki, ale bardzo wesołej przepychanki, pokazali nam miarkę, do której można było przyłożyć kończynę. Okazało się, że Erwinkowi zabrakło 5 cm żeby nie obrazić królewskiego majestatu. Uratowałoby go nawet dłuższa skarpetka. Zaradzić zaś miał sarong, który musieliśmy zakupić, Erwinek został nim opasany i obwiązany, i dopiero wtedy mogliśmy ruszyć dalej. 

Erwinek podziwiający swoją pierwszą kieckę
a ja na luzie
Abhisek Dusit Throne Hall
Vinmanek
miejsce gdzie można strzelić sobie uroczą fotkę
 
Erwinek w obscenicznych spodniach

Po zobaczeniu kilku wybranych obiektów (nie wszystkie uznaliśmy za warte odwiedzenia) dotarliśmy do pałacu - The Ananta Samakom Throne Hall. Sądziłam, że tego miejsca się nie zwiedza, ale okazało się, że są tam skarby zapierające dech w piersiach.




Kiedy weszliśmy do takiego pawilonu, gdzie sprzedawano bilety, panie zaczęły mnie skubać za szalik, który miałam na szyi. Skubały i skubały, zdjęły go i przyłożyły mi do bioder, kręciły głowami, a ja nie wiedziałam o co im chodzi. W końcu sytuacja się wyjaśniła - do pałacu kobiety nie mogą wchodzić w spodniach! Oczywiście został zakupiony kolejny sarong i godnie odziani mogliśmy już zacząć podziwiać dary poddanych dla umiłowanych króla i królowej. To co ujrzeliśmy w środku przeszło moje wyobrażenia. Z początku myślałam, że to jakieś stare skarby, ale były całkiem nowe, wykonane w latach 90, lub na początku XXI wieku. W środku nie można robić zdjęć, warto więc wejść tutaj żeby mieć choć zarys jak niezwykłe to rzeczy. Misterne wielkie rzeźby, modele królewskich barek wykonane ze złota, olbrzymie haftowane obrazy, wykonywane przez kilka lat przez kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. W osobnych salach znajdowały się jeszcze zbiory królewskiej biżuterii i bogato zdobionych przedmiotów codziennego użytku oraz liczne hafty. Nie obejrzeliśmy wszystkiego, klimatyzacja w pomieszczeniach mogła zmrozić nawet zdrowego człowieka. 

Po opuszczeniu parku Dusit udaliśmy się jeszcze zobaczyć Wat Benchamabophit- przepiękną marmurową świątynię. I tu również miała miejsce irytująca sytuacja, po zakupieniu biletów okazało się, że nie można wejść do środka z powodu trwającej w środku, nie wiem, modlitwy, nauczania? Zasłuchani w głos mnicha posiedzieliśmy więc trochę na dziedzińcu pragnąc wchłonąć w siebie odrobinę buddyjskiego mistycyzmu.