28 lutego 2015

Zgrzebny berecik

Taki byle jaki, byle jaki kolor, byle jaka włóczka. Zgrzebny.
W zestawieniu z badylami, które coś mi się wydaje, szykują się już do ożywienia się.




Berecik dodaję jako czapkę lutową do wyzwania


18 lutego 2015

Gabarytowe czytanie i dzierganie


Notka z okładki:

"To trzymające w napięciu do ostatniej strony wyznanie miłosne i spowiedź człowieka starającego się przeniknąć istotę zła - w świecie i sobie samym. Historia chłopca dorastającego samotnie wśród książek, który musi zmierzyć się z rodzinnymi tajemnicami. Za sprawą osiemnastowiecznych skrzypiec zagłębia się w mroki dziejów hiszpańskiej inkwizycji i piekła dwudziestowiecznej Europy."

To "Wyznaję" Jaume Cabre. Najbardziej niezwykła książka, jaką czytałam. A najbardziej zadziwił mnie, a potem zachwycił, sposób narracji. Autor co chwila zmienia jej zasady. Nie dba o porządek i interpunkcję. W jednym zdaniu mamy wypowiedź bohatera w pierwszej osobie, by za chwilę zamienić ją na trzecią. To co z początku może być drażniące buduje niezwykłą melodię książki. Przy czytaniu należy być bardzo czujnym, bo w najmniej spodziewanym momencie możemy zostać przeniesieni w czasie i miejscu. Czytelnik cofa się do dawnych wieków, by za jakiś czas wybiec w przyszłość. Cabre nieustannie żongluje także bohaterami. Czasem nam się gubią, po chwili orientujemy się, że to już nie Adrian, główny bohater opowieści, lecz twórca skrzypiec bądź nazistowski zbrodniarz. Nie jest to łatwa lektura, ale im dalej się w nią zagłębiamy, tym większy budzi zachwyt. 
Książka zadaje trudne pytania, na które musimy odpowiedzieć sobie sami. Mi najbardziej nasuwa się taka myśl: czy nazistowski zbrodniarz może kiedykolwiek odkupić swoje winy? Czy zadanie mu śmierci po wielu latach jest wymierzeniem sprawiedliwości?

Książka jest pokaźna, jak i pokaźna jest moja aktualna robótka. Wciąż ta sama, traci miano serwetki pożerając drugi motek Maxi. 


Biały gabaryt ma się nareszcie ku końcowi, a dzisiaj przyszło do mnie trochę moteczków na kolorowe dzierganie. 



12 lutego 2015

Wspólne dzierganie i czytanie


To mój debiut w tej fajnej akcji jaką na swoim blogu zainicjowała Makneta


Najpierw kilka słów, jak to z tym czytaniem u mnie jest. Makneta co środę publikuje nowy post rękodzielniczo - czytelniczy. Miałam ochotę przyłączyć się już jakiś czas temu. Wczoraj w środę nie zdążyłam, trochę głupio, skoro to debiut w zabawie.


Odkąd dziergam czytam zdecydowanie mniej, nie pochłaniam już książek jedna za drugą, więc raczej nie dodam nowej lektury w każdą środę. Wzrosła za to filmowa oglądalność, którą to można doskonale (no dobra, nie tak doskonale) z dzierganiem połączyć. I teraz to te dwie rzeczy stały się nierozerwalne.


Nierozerwalne są nadal dwie inne rzeczy - czytanie i jedzenie. Od zawsze do jedzenia muszę mieć do czytania, z kolei czytając muszę podjadać. 

Przy śniadaniu zazwyczaj czytam prasę, a ostatnio wróciłam do dawnego, nieco dziwnego zwyczaju. Kiedy byłam pochłaniaczem książek, czytałam je po wielokroć. Te ulubione, niekoniecznie od początku do końca. Często otwierałam je w dowolnym miejscu i czytałam dalej. 


Ostatnio wróciłam do bardzo starej lektury. "Rodzina Whiteoaków" to saga złożona w 16 niewielkich tomów. To dość stare powieści opowiadające losy rodziny Whiteoaków, która w 1854 roku emigruje do Kanady. Akcja toczy się przez kolejne 100 lat. 

Czytam to sobie właśnie przy śniadaniu, na chybił trafił wybierając tom z drugiego rzędu na półce. Wróciłam po latach, bo w przeszłości i te tomy przeczytałam wiele razy. Bardzo lubię te serię, bohaterowie są ciekawi, bo mają mnóstwo wad, są wręcz nieznośni. Właściwie to darzę sympatią tylko jednego z nich - Fincha. Co mi się w nich najbardziej podoba? To ludzie wielkich namiętności.



Na szydełku - śnieżnobiały, serwetkowy gabaryt. Hm, na zdjęciu wygląda na brudnobiały.

3 lutego 2015

Kambodża

W ostatnich dniach moje myśli krążą wokół Kambodży, kraju, do którego wpadłam na krótko w zeszłym roku. Trzy obejrzane ostatnio obrazy przywołały wspomnienia i smutne refleksje.


"Pola śmierci" to nie jest nowy film. Nakręcony został w 1984 r. ale ponieważ bardzo unikam filmów wojennych nie obejrzałam go wcześniej. Nie sposób jednak odwiedzić jakichś miejsc nie poznawszy ich historii, choćby w małym stopniu. Teraz i ja chciałam wiedzieć więcej. 
O Czerwonych Khmerach słyszał chyba każdy. Ja z dawnych lat pamiętałam nazwę Kampucza i wiedziałam, że w tym kraju trwa wojna. Potem Kambodżę kojarzyłam z potwornością min siekających ludzi na kawałki. 

Zbrodnicza działalność reżimu Czerwonych Khmerów jest nie do pojęcia. Piękny kraj, w którym jak mówiono, żyło się jak w raju, zamieniono w piekło. W wyniku niewyobrażalnego okrucieństwa śmierć poniosły miliony ludzi, i choć dokładna liczba nie jest znana, mogła to być nawet 1/4 całej populacji. 

"Pola śmierci" zaczynają się w momencie, gdy Czerwoni Khmerzy wkraczają do stolicy Kambodży, Phnom Penh. Sydney Schanberg, korespondent New York Timesa relacjonuje sytuację korzystając z pomocy tłumacza Ditha Prana, z którym bardzo się zaprzyjaźnia. Liczyłam na to, że film, choć fabularny, ukaże w jakimś stopniu jak to wszystko wyglądało na miejscu. Niestety film posiada największą moim zdaniem wadę filmów historycznych, stałą we wszystkich filmach polskiej produkcji. Otóż twórcy filmu zakładają z góry, że widz jest doskonale zorientowany w sytuacji i wystarczy mu tylko z grubsza naszkicowany aktualny stan polityczny. Jeśli chodzi o akcję film jest bardzo nierówny. Chwilami trzyma w napięciu, chwilami jest po prostu nudnawy. Sytuacja zachodnich dziennikarzy jest bardzo niejasna, dopóki nie udaje się im opuścić kraju. Od momentu rozdzielenia przyjaciół ich losy są przedstawione w mocnym kontraście. Sydney odbiera nagrodę za reportaże z Kambodży, a Dith Pran dostaje się do obozu pracy. Choć to wtedy najwięcej dowiadujemy się o kraju pod panowaniem Czerwonych Khmerów, temat ten został potraktowany dość powierzchnownie. Odnieść można wrażenie, że najbardziej ucierpiał w tym wszystkim Sydney, którego obwiniano o los Prana. "Pola śmierci" to bardziej więc historia dwóch ludzi na tle ludobójstwa. Dodatkowo drażni zupełnie nie na miejscu muzyka Mike'a Oldfielda.

Filmweb
Nie byłam w stolicy Kambodży, Phnom Penh, gdzie znajduje się najstraszniejsze w tym kraju miejsce i muzeum. To Tuol Sleng, szkoła zamieniona w więzienie, gdzie tysiące osób poddawane było niewyobrażalnych torturom, by potem zostać zamordowanym na polach śmierci. Z około 16 tysięcy przeżyło 12 osób.


Wikipedia
"Brat Numer Jeden" to poruszający dokument przedstawiający historię Kerry'ego Hamilla obywatela Nowej Zelandii, opowiedzianą z perspektywy jego brata. W 1978 r.Kerry wraz z dwoma towarzyszami znalazł się u wybrzeży Kambodży. Jeden z jego towarzyszy, miał szczęście ginąc na miejscu. Sam Kerry znalazł się w Tuol Sleng gdzie po dwumiesięcznych torturach został zamordowany. Po wielu latach brat Kerry'ego, Rob Hamill wyrusza w podróż w przeszłość, chcąc poznać okoliczności śmierci brata, a także uczestniczy w procesie jego oprawcy. Poznaje nie tylko krwawą historię Kambodży, lecz również obecny stosunek do zbrodni Czerwonych Khmerów. 

Wikipedia
Od zawsze uwielbiałam programy archeologiczne i marzyłam o zobaczeniu starożytnych budowli. Kiedy zobaczyłam w telewizji kambodżańskie świątynie otoczone dżunglą pomyślałam sobie, że tego na pewno nie będzie dane mi zobaczyć. O ile egipskie piramidy wydały się o wiele bardziej realnym celem, to tajemniczy Angor Wat wydawał się równie osiągalny jak podróż na Marsa.

a jednak tam właśnie byłam
Życie jest jednak pełne niespodzianek i trzeci film jaki ostatnio obejrzałam, dokument "Angkor odkryty na nowo", przywołał tym razem moje własne wspomnienia. Smutnym jest wynikający z filmu fakt, że kambodżańskie świątynie po prostu się rozsypują. To nie tylko olbrzymie korzenie drzew rozsadzają mury, ale i sposób budowania powoduje, że te niezwykłe budowle zmieniają się w góry kamieni.

jakby skamieniałe macki ośmiornicy
Cieszę się bardzo, że mogłam je zobaczyć. Choć byłam tak bardzo oszołomiona, choć ciężko mi było to wszystko rozumem ogarnąć, sam fakt, że tam jestem i oglądam tak niezwykłe rzeczy. Pamiętam upiorne gorąco i niesamowitą dżunglę, pełną nieznanych odgłosów. Było w niej coś niezwykle fascynującego. Może też to, że przez wieki strzegła tajemnic ukrytych w niej budowli.

ledwo żywa, przeziębiona, przeszczęśliwa