29 czerwca 2016

Truskawkowy pojemnik

Nie ma nad czym się rozwodzić, po prostu pojemniczek w motywy ulubionych letnich owoców. A zatem, jak to mówią tu i ówdzie, zapraszam do oglądania :)



Bardzo fajnie robiło się ten pojemniczek. Podoba mi się ta forma, i chciałabym zrobić ich jeszcze kilka. Mam nadzieję, że osóbka, do której pojemniczek poleci też lubi truskawki.
 


Jednocześnie zgłaszam moje truskawki do wyzwania "Owoce lata" na blogu D.I.Y.... czyli zrób to sam

Pierwszy raz udało mi się zrobić coś na wyzwanie :)

 


25 czerwca 2016

Dobrodziejstwo klimatyzacji i schładzające jedzenie

ładne, pysze, sycące
Przed kilku laty upalne dni w pracy były koszmarem. Praktycznie nie dało się pracować. Ciężka głowa skupiała się jedynie na sposobach schłodzenia stóp, odklejaniu ubrania od ciała, normalnym oddychaniu. Nie ukrywam, że irytowało mnie, że do pracy przybywałam już ugotowana w autobusie, nieświeża i z lekko już rozmazanym makijażem. I oto wreszcie na ratunek przybyła klimatyzacja. Wkroczyła do naszego urzędu, autobusów i sklepów. Można by powiedzieć, odetchnęliśmy z ulgą.
Tymczasem...
Odnoszę wrażenie, że to udogodnienie powoduje w ludziach jakąś wariację. 


W autobusie. Kierowcy najwyraźniej wychodzą z założenia, że skoro jest, trzeba z niej korzystać i już. Wystarczy, że zacznie świecić słońce. Pewnego dnia nieco zziębłam w autobusie, mimo, że miałam na sobie kurtkę. Sprawdziłam temperaturę na zewnątrz - 13 stopni.

W galerii. W tym tygodniu wybrałam się za zakupy. Miałam ochotę jeszcze pochodzić po sklepach, ale strasznie przemarzłam. Po powrocie do domu miałam jeszcze zimne stopy. Czy tylko ja widzę tu jakąś sprzeczność? Czy po to stworzono klimatyzację żeby marznąć w lecie? 

W pracy. Dowiaduję się, że optymalna temperatura dla człowieka to 18-19 stopni. Klima hula na całego, pracownicy siedzą w swetrach. Albo rześkim rankiem przy przyjściu do pracy zastaję włączoną klimatyzację i dowiaduję się, że jest zaduch. Nowość, wietrzenie klimatyzacją.

Zastanawiam się już nie tylko nad sensem marznięcia w lecie, ale również nad tymi upalnymi latami w przeszłości. Z pewnością lata są coraz bardziej upalne, ale przecież kiedyś jakoś sobie z tym radziliśmy. Nigdy pewnie nie było komfortowo i zgodzę się, że klimatyzacja bywa wybawieniem. Nie każdy dobrze znosi gorąco. Również i ja pisząc te słowa chętnie bym się czymś schłodziła. Ale w moim małym rozumku istnieje również przekonanie, że nie powinnyśmy się tak upierać przy tym swoim komforcie. Technologii używać z głową. A przede wszystkim postarać się przystosować do panujących warunków, stosując bardziej naturalne sposoby chłodzenia, biorąc zwłaszcza przykład z ludzi mieszkających w tzw ciepłych krajach. Z tej prostej przyczyny, że lepiej przystosować się do panujących warunków, niż na siłę z nimi walczyć. Bo po ośmiogodzinnej pracy w temperaturze 19 stopni trzeba będzie wyjść na te 30 i jakoś dotrzeć do domu nie mdlejąc po drodze.

To oczywiście takie moje dywagacje, ale jeśli macie podobne zdanie na ten temat polecam Wam gorąco (albo nie gorąco) wpisy na blogu Agnieszki Maciąg. Świetne sposoby, z którym korzystałam ubiegłego lata, które przyznaję, było upiorne.
Jak sobie poradzić z upałem tu, i bardzo ciekawy wpis jak wykorzystać lato dla siebie tu.

Natomiast ja chcę zaproponować Wam bardzo fajne jedzonko o charakterze schładzającym (wbrew pozorom lody nie są do tego najlepsze), które możecie zabrać ze sobą do pracy.
To taki słoiczek, który zawiera jogurt z dodatkami. Oczywiście przepis można modyfikować dowolnie, zastępując jedne składniki innymi, ale w swojej wersji połączyłam sporo odżywczych składników. Ilości składników są bardziej przykładowe, bo daję na oko.

Jogurtowy słoik (2 porcje)

  • 2 małe jogurty (najlepiej wybierać te, które w składzie mają bakterie o określonych nazwach)
  • 2 łyżki nasion chia
  • mała garść płatków owsianych, orkiszowych lub innych ulubionych
  • 1 banan
  • 2 łyżki uprażonych płatków migdałów
  • 2 kopiaste łyżki wiórków kokosowych (można też je uprażyć)
  • 1 łyżeczka syropu z agawy, miodu lub innego słodzidła
  • spora szczypta cynamonu
Nasiona chia wymieszać z jogurtem. Banana pokroić w kosteczkę. Wymieszać z jogurtem, płatkami i wiórkami. Dodać słodzidło i cynamon. Posypać płatkami migdałów. Schować do lodówki.

W wersji ze zdjęcia jak widać dodałam czerwone porzeczki dla przełamania smaku. Takich owocków nie mieszamy ze wszystkim, tylko przekładamy masą jogurtową.





22 czerwca 2016

Pterodactyl - siła pasji


Rozdział szósty książki "Młoda bez skalpela", którą prezentowałam w WDiC zatytułowany jest "Żyj w sposób cofający efekty starzenia się". Intrygujące. Nie tylko zdrowa dieta, walka ze stresem, kosmetyki i zabiegi, ale również to jak żyjemy, jak zachowujemy się na co dzień ma wpływ na nasze starzenie się. "Myśl młodo, a będziesz młoda" zaleca dr Talib. Autorka zauważa, że cytując: "wielu ludzi ma przeświadczenie, że ich życie powinno się zmienić tylko dlatego, że robią się starsi, że powinnaś przestać robić to, co kochasz, nie dlatego, iż twoje ciało nie jest już w stanie, ale dlatego, że w twoim wieku nie wypada. Nie ulega wątpliwości, że takie myślenie i nastawienie tylko sprzyja starzeniu się".
Potem dr Talib podaje kilka metod na zmianę swoich myśli na bardziej pozytywne. Mi bardzo podoba się żeby nie stękać przy wstawaniu bądź wzdychać ciężko przy siadaniu. Zabawne, ale jakże często tak właśnie czynimy!
Ale najważniejsza wydaje mi się ostatnia rada w tej kwestii - "nie mów jak stary człowiek".
Czyli "nie mogę tego nosić, nie mogę tego zrobić, nie mogę tam iść, jestem za stara". 
Myśl o tym, co możesz robić, nie co powinnaś. Nie stań się stara szybciej, niż musisz. I pamiętaj, jesteś tak stara, jak myślisz, że jesteś - dlatego myśl młodo.

Muszę powiedzieć, że ogromnie podoba mi się takie pozytywne myślenie, takie właściwie inne, niestereotypowe myślenie. Książkę "Młoda bez skalpela" zamierzam przeczytać jeszcze nieraz i pamiętać o radach w niej zawartych. A wspominam znowu o niej, bo ten rozdział skojarzył mi się z czymś innym, a mianowicie pasją, która moim zdaniem prowadzi nie tylko do ciekawego życia, ale również pozwala na "młode myślenie".


12 czerwca wybraliśmy się na piknik lotniczy. Powiem Wam, że od jakiegoś czasu mam małego bzika na punkcie samolotów. Chyba zaczęło się od otwarcia naszego lubelskiego lotniska, kiedy to samoloty pasażerskie zaczęły latać nad naszym domem. Uwielbiam na nie patrzeć i słuchać dźwięku ich silników. Ale na pokazach lotniczych byłam pierwszy raz.
Piknik o nazwie "Lotnicze Depułtycze" odbył się w miejscowości Depułtycze Królewskie po raz pierwszy, i był dość skromny jeśli chodzi o pokazy lotnicze, ale atrakcji nie brakowało. Oprócz wesołego miasteczka i mnóstwa stoisk z jedzeniem, były motocykle, zabytkowe samochody, wszelakie machiny latające, samoloty stare i nowe, śmigłowce, szybowce, pojazdy wojskowe. 


Myślę, że największą atrakcją była ta, która zrobiła na mnie największe wrażenie i na długo zapadła w pamięć, czyli walka powietrza w wykonaniu czeskiej grupy Pterodactyl Flight. To pasjonaci specjalizujący się w replikach samolotów z I i II wojny światowej. To również sztab naziemny i stroje z epoki. Pokaz był niesamowity. Muszę powiedzieć, że można było wczuć się w czasy, kiedy piloci nie mieli do dyspozycji maszyn naszpikowanych nowoczesnymi technologiami. 






Nie mniejsze wrażenie zrobili na mnie członkowie grupy, kiedy wszyscy już znaleźli się na ziemi. Kiedy dowodząca grupą Radka Machova zbliżyła się do publiczności żeby rozdać dzieciom łuski nabojów na pamiątkę, po publiczności rozszedł się szmer "to babcia!". Byłam równie zaskoczona. Długo myślałam o Radce, a w internecie sprawdziłam jej wiek. Okazało się, że ta pilotka skończyła 67 lat! 

zespół Pterodactyl Flight
 

Myślę, że Radka Machova nie stęka przy wstawaniu. Nie myśli, że jest stara. Po prostu robi to co kocha. I pewnie będzie robiła, dopóki będzie mogła. Myślę, że ta kobieta może być wzorem dla wszystkich. I mam nadzieję, że będę zawsze pamiętać o Radce, zwłaszcza, kiedy zapragnę powiedzieć "jestem na to za stara".

Radka Machova
A Pterodactyle zapowiedziały się na przyszły rok. 

17 czerwca 2016

Janowiec



Pewnej majowej niedzieli wybraliśmy się ponownie do Kazimierza Dolnego. I tak sobie jechaliśmy przez ten Kazimierz i jechaliśmy, aż natrafiliśmy na przeprawę promową. Niewiele myśląc przeprawiliśmy się przez Wisłę, by znaleźć się w nigdy nie odwiedzonym przeze mnie Janowcu. Jak się później okazało to miejsce nie mniej atrakcyjne niż Kazimierz, a odwiedzane przez o wiele mniejszą liczbę osób. A nieplanowana wycieczka dostarczyła wielu wspaniałych wrażeń.


na promie
po drugiej stronie Wisły



Schodki znajdujące się obok tego opuszczonego, starego domu skierowały nas na ścieżkę wiodącą do zamku.


Ścieżka pnie się w górę ukazując coraz to nowe widoki






Jakiś czas temu zamek janowicki został pomalowany w pasy, przez naszego lubelskiego artystę. Na szczęście malunki zaczynają już blaknąć.




Wnętrza były już zamknięte, ale warto zajrzeć na dziedziniec i wejść na krużganki.


I specjalnie dla Was dumna Pani Blogerka




Idziemy na górę





Skąd także rozciągają się wspaniałe widoki






Za zamkiem odkryliśmy cudownie klimatyczny park.




Panował w nim oszałamiający zapach. Oto jego źródło, może ktoś zna tę roślinę?


 

Kolejnym odkryciem był nieduży skansen. Również zamknięty dla zwiedzających, co daje pretekst do kolejnych odwiedzin Janowca.





Po wyjściu z parku podążyliśmy dalej ścieżką, która zawiodła nas do kolejnej niespodzianki - punktu widokowego. 



widok na Kazimierz
przeprawa promowa
Gdzie oprócz wspaniałego widoku znaleźliśmy niezwykle sympatyczną restaurację Manes


miłe i smaczne zakończenie wycieczki
Zasypałam Was zdjęciami, ale naprawdę moim zachwytom nie było końca. Dodatkowo mieliśmy bajeczną pogodę.
To nie wszystkie atrakcje Janowca, więc jeśli znajdziecie się kiedyś w pobliżu odwiedźcie go koniecznie!