31 października 2016

Serwetkowo


Z całego serca dziękuję Wam za te ciepłe, pełne otuchy słowa pod poprzednim wpisem.
Takie komentarze naprawdę wiele znaczą, dziękuję!

Dawno już nie pokazywałam swoich dzieł, więc dzisiaj kilka miłych oku obrazków. Narobiłam się trochę tych serwetek, dzisiaj tylko część, bo reszta czeka na napięcie. Miałam to skończyć, a potem wziąć się za pokazywanie, ale śpieszno mi do czegoś przyjemniejszego na blogu. 

Serwetki powstały z różnych kordonków. Ostatnio zakochana jestem w nowosolskich, ich miękkości i kolorystyce. Niezwykle przyjemnie się z nich robi, mam jednak wrażenie, że nie bardzo poddają się naciąganiu. Z naciąganiem mam też problem, bo zostały mi same gabaryty, a z kotami to tak już jest, że jak widzą taką naciągającą się serwetę, lubią położyć się na jej środku, nie bacząc na sterczące główki szpilek.

Ot, takie zwyklaki, najbardziej podoba mi się ta pierwsza.







Serwetek zrobiłam tyle, że już nie pamiętałam jakie, zresztą sporo odleżały w szafie czekając na wykończenie. Podziwowałam się więc trochę, kiedy wreszcie się za nie zabrałam.

28 października 2016

...


Znacie dobrze ten wizerunek, choć w pomniejszonej skali, bo widnieje w moim profilu. Autorem tego portretu jest mój tata. Kiedy postanowił namalować mój portret miał tego dokonać na podstawie zdjęcia. Nie był zadowolony z żadnego, które mu pokazałam, a które uznałam za ładne. Uznaliśmy, że zbierzemy wszystkie moje zdjęcia, na których dobrze widać moją twarz i przekażemy je tacie.
Wybrał zdjęcie, które widzicie poniżej, z głupawą miną i rozczochranymi włosami.
 

Przyznam szczerze, kiedy w dniu moich urodzin tata przybył z gotowym obrazem, początkowo nie byłam nim zachwycona. Jak to próżna kobieta, miałam trochę za złe, że nie upiększył mojego wizerunku. Wszystkie szczegóły i mankamenty mojej urody zostały wiernie oddane.
Kiedy jednak dłużej przyglądałam się portretowi dostrzegłam pewną, bardzo istotną rzecz. Dynamikę. Ten obraz żyje. No i to przecież cała ja. Choć zdjęcie było robione dobre kilka lat temu, to ja. Mam ten głupawy uśmieszek, worki pod oczami i zawsze nie takie włosy. I lubię bardzo ten portret. 

Malarstwo było wielką pasją mojego tatusia. Choć lubił i cenił swoją pracę, nie mógł doczekać się emerytury, by czynnie i w pełni móc oddawać się swojej pasji. I malował jeden obraz za drugim. Uważał, że nie ma talentu. Kiedyś zobaczyłam w internecie stare zdjęcie, które niezwykle mnie urzekło. Natychmiast mu je wysłałam. "Tatusiu, namaluj to". Ofukał mnie. "Jestem tylko zwykłym pacykarzem" powiedział. I choć ja oczekiwałam "widoczków" i pejzaży, które tak lubię, on kopiował innych twórców. Namalował jedynie portrety najbliższych i swojego psa. 
Smętnie musiałam przyznać przy tej okazji, że przecież to między innymi odziedziczyłam po ojcu. Tę umiejętność wiernego odwzorowania. Tworzę śliczne, szydełkowe serwetki, ale bez schematu nic nie zrobię. Nie wymyślę jednego rządka.

Tata nie lubił mojego szydełkowania. Uważał, że tracę czas. Nade wszystko chciał żebym pisała. Był bardzo zadowolony kiedy założyłam bloga i bardzo mu się podobało jak pisałam. Choć sam pisał o niebo lepiej. Zachwycał mnie szczególnie niezwykle bogaty zasób jego słownictwa. Kiedy mi czytał to co napisał słuchałam w prawdziwym urzeczeniu. Bo czytał przepięknie.
Kiedy byłam dzieckiem wymyślał i opowiadał mi najróżniejsze historie. Potem dzielił się tym co go interesowało i co aktualnie czyta.Prowadziliśmy długie, często filozoficzne dysputy.

Nałogowo kupował i czytał książki, po kilka naraz. Co kiedyś i ja robiłam. Miałam ten komfort, że w świecie literatury miałam tak doskonałego przewodnika. Uwielbiałam buszować w taty bibliotece. Zawsze przy różnych okazjach otrzymywałam książki. Najczęściej wyszukane, ambitne pozycje. Brnęłam przez te lektury, by po ich ukończeniu niezmiennie czuć zachwyt i wdzięczność. Kiedy za sprawą taty poznałam Murakamiego była urzeczona. Tak właśnie chciałabym pisać. 

Od najmłodszych lat była również miłości do fantastyki i fantasy, którą zaczepił we mnie tata. To on zaprowadził mnie na "Gwiezdne wojny" i czytał na głos "Władcę pierścieni". Wspaniale było czasem zanurzyć się w innych światach.

W ostatnich latach zaczęła mnie coraz bardziej urzekać muzyka poważna. I tu znów miałam prawdziwego specjalistę.Tata nie uznawał innej muzyki niż muzyka klasyczna, uwielbiał operę. Powoli wprowadzał mnie w ten świat. 

Sadziłam, że tak będzie zawsze. Że zawsze będę miała przy sobie tego najmądrzejszego na świecie człowieka, z którego byłam tak dumna. Że zawsze będę mogła liczyć na jego poradę i wsparcie. I nie wiedzieć dlaczego uważałam w tej swojej durnej głowie, że na wszystko jest jeszcze czas. A przecież człowiek nie wie ile czasu jest mu dane. 

Jeśli jest coś do zrobienia dla drugiej osoby, jeśli jest coś do powiedzenia drugiej osobie trzeba to zrobić najszybciej jak się da. 

Tacie niczego już nie opowiem, niczego nie pokażę, niczym się nie podzielę. 
Odszedł nagle, niespodziewanie, bez pożegnania.

Mój ojciec uważał, że po śmierci nie ma już nic. Pamiętam, jak byłam tym porażona, bo wierzyłam, że ludzka dusza odradza się po śmierci. A on pytał: "po co?". Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze jednak będę miała nadzieję, że po to, żebyśmy mogli się jeszcze spotkać.

Żegnaj tatusiu